Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled Untitled
Wstęp do katalogu Ewa Toniak Sploty, węzły i koronki Olga Wolniak od początku lat 90. przenosi na swoje płótna autentyczne dywany (pierwszy malowany „Kilim” powstał w 1991 r.), wiernie odwzorowuje ich strukturę i ornament. I jak napisała Małgorzata Kitowska-Łuczak „ użycza swojego nazwiska anonimowym tkaczkom”. Powtarza gest „ Arachne” - genialnej tkaczki przemienionej przez Atenę w pająka – emblematu kobiety-twórczyni, układającej swój kobiecy tekst, z wplecionymi weń śladami „odmiennego usytuowania wobec systemu językowego i porządkujących go relacji władzy” – jak pisała Nancy K. Miller. Ślady dłoni zapomnianych tkaczek Olga Wolniak nazywa „energią” i stara się nawet najdrobniejsze niedokładności, odstępstwa od precyzyjnej struktury wzoru, odtworzyć. Jej twórczość to przypowieść na temat kobiecej genealogii (w wywiadach chętnie opowiada anegdotę o pierwszym płótnie z 1991 r. zainspirowanym autentycznym kilimem znalezionym w domu babci), zaszyfrowanych w splotach nici kobiecych biografii. Jest ich depozytariuszką i strażniczką. Często przeniesiony z fotografii, a więc zapośredniczony przez inne medium, i odwzorowany w technice malarskiej ornament gubi kontury, rozpływa się, i wibruje jak abstrakcyjna płaszczyzna. Można powiedzieć, ze na płótnach Olgi Wolniak przebiega bezkrwawa rewolucja. Osobiste i intymne historie kobiet rozrywają zwartą strukturę materii – strukturę władzy. Ich długo tłumiony bunt spełnia się pod pędzlem współczesnej artystki, ironicznie kwestionującej fallogocentryczny prymat wzroku. Kilimy i Śirvany Olgi, pękate od koloru, ostentacyjnie kpiące z minimalistycznej ascezy większości współczesnych wnętrz, bez trudu udomawiają zimne mieszkania. Na każdej ścianie może zakwitnąć jej „ Rajski ogród”. Olga świadomie gra z pogardzanym przymiotnikiem „ dekoracyjny”. Wybiera detale o ostentacyjnie żywych kolorach i ze skomplikowanym ornamentem. W tym geście także powraca do źródeł sztuki kobiet – dekorowania. Dawniej - czynności marginalnej, podrzędnej, zatrzaśniętej w czterech ścianach. Jej nasycone niewyczerpaną energią płótna wygrywają z rozproszonym gadulstwem kultury masowej. A „dywanowe” historie plotą się niezruszone, bez początku i końca, raz na płótnie, raz na papierze, ostatnio jako monochromatyczne, utrzymane w gamie brązów i czerwieni, ludowe hafty i koronki.